Panowała głęboka cisza właściwa dla tej godziny, kiedy to noc niespiesznie zużywa samą siebie i marnieje, a powietrze powoli nasyca się i puchnie wilgocią, nabierając wagi mokrych, rozpostartych prześcieradeł; nawet woda w strumyku wyczerpała już wszelkie możliwości szmeru, a wschodni wiatr zaniechał poufnej gawędy wśród liści.
Zaniepokojony Szeba zeskoczył z białego i przystąpiwszy do sługi, wyciągnął rękę, aby go podnieść. Niestety, nie potrafił ukryć rozbawienia całą tą sytuacją i mimo usilnego trudu, który włożył w to, by się nie zaśmiać, nie wytrzymał i parsknął szczerym śmiechem, co słudze nie przypadło do gustu, więc leżał przez chwilę obrażony i udawał, że nie widzi wyciągniętego ramienia pana, który z kolei zreflektowawszy się, że jego zachowanie jest wysoce nietaktowne, gdyż upadek faktycznie musiał być bolesny dla jego przyjaciela, przyłożył drugą dłoń do piersi i serdecznie przeprosił Obala.
Nie bał się ciężkiej pracy ani zmroku, który mógł go zastać, jedyne, czego naprawdę nie znosił, to marazmu, cierpliwego trwania w jakiejś monotonnej czynności lub bezczynnego oczekiwania na coś – tego nigdy nie mógł zdzierżyć. Nosiło go od dzieciństwa (nie bez kozery nazwano go Ibsanem), zawsze był w ruchu, nawet podczas snu żwawo przebierał nogami i wymachiwał rękoma, jakby coś łapał. Często bełkotliwie mówił przez pół nocy, czasem krzyczał i tarzał się przy tym gwałtownie, a nawet nie otwierając oczu, wychodził z szałasu i krążąc wokół niego, liczył coś na palcach lub chwytał się za biodro na wysokości pasa i niby wydobywszy miecz z pochwy, wymachiwał nim groźnie w powietrzu.
– No, gdzie zostawiliście Ibsana?…
Stary osioł patrzał zmęczonym spojrzeniem, jakby rozumiał, czego się od niego żąda, może nawet współczuł, ale odpowiedzi nie udzielił.
Dniało. Sine, fioletoworóżowe girlandy lekkich, pofałdowanych chmurek widniały na wschodzie rozświetlone od dołu dziennym świecidłem, które właśnie zmartwychwstawało, nominalne jak co dzień, i objawiało swą krągłą, przekrwioną głowę, bezdźwięcznie dźwigając samo siebie ku górze; natomiast zachód wciąż jeszcze pogrążony w szaroszmaragdowym zimnym półmroku snuł się z rękoma w kieszeniach wśród postrzępionych, mlecznobrudnych prześcieradeł, które mgliły i nikły w nadmorskiej wilgoci, by po pewnym czasie w końcu bezpowrotnie wyparować lub opaść szklistością malutkich kropelek rosy na wypłowiałą, popękaną i zawsze nie dość sytą skórę gleby.
Stała tak jeszcze przez moment zauroczona i oszołomiona tym porannym rozkwitem światła, ruchu i dźwięku, tą zwykłą, acz piękną codzienną krzątaniną, która tak rzadko zachwyca i nie wiedzieć czemu nieodmiennie rozciąga się tylko na małym skrawku przestrzeni mierzonym długością ludzkiego spojrzenia, gdzieś między tym a tamtym drzewem, tą lub tamtą górą, doliną, rzeką, pustynią, nad tym lub tamtym jeziorem, w każdej ludzkiej osadzie, w opuszczonym namiocie, nietrwałym szałasie, wygasłym palenisku, we wspomnieniu ich; między porankiem a wieczorem, wieczorem a porankiem, zawsze w całym od razu dostępnym trwaniu.
– Nie, przyjacielu, nie mów tak, bo to może być pański niepokój, Adonaj, niech żyje wiecznie, oszałamia czasem człowieka takim zachwytem, że bełkocze on i ślini się, i jąka jak przygłup jakiś, a w istocie stoi za tym bojaźń boża, obdarzająca niepojętą radością i świętym szaleństwem.
– Powiadasz: świętym szaleństwem, a mnie się widzi, z całym szacunkiem, panie, że to nieszczęśliwy człowiek, bo co to za dar, nawet niech i od Boga pochodzi, jeśli każe omijać bliźniego swego na ścieżce swojej spotkanego, który to bliźni chce go pozdrowić, a ten, jak dzik jakiś, z łbem spuszczonym, brnie do przodu, nie dostrzegając bratniej, życzliwej duszy?
– To jest Betlejem judzkie… – poinformował sługę Szeba – słynące w całej okolicy z wypieku pysznego chleba – chwalił się wiedzą. – Zwane Betlejem Efrata, żyzna ziemia braci moich, potomków Abrahama, ojca naszego, i Izaaka, ojca naszego, i Jakuba, ojca naszego…
Dobrze – pomyślał Obal – że matka zawsze jest tylko jedna.
Lepiej żyć we własnej – pomyślał trochę urażony sługa – ale własnej ciemności niż w cudzym świetle.
(…),nieposzlakowana opinia to ćwierć sukcesu.
– Ćwierć? – zdziwił się.
– Ano ćwierć, pierwsza ćwierć to, jak się rzekło, opinia, to jest to, jak cię widzą inni, druga: kapitał, towary i tym podobne niezbędne rzeczy, trzecia to umiejętność sprzedaży i kontakty handlowe, rozumiesz, krzyknąć: kup! na bazarze jest łatwo, ale sprzedać, o! To już co innego, to już jest sztuka, a dobrze sprzedać, sprzedać z podwójnym zyskiem, z zyskiem potrójnym, trzymaj mnie, synu, abym się nie zachwiał, z poczwórnym zyskiem, powiadam, to to jest kunszt najwyższy.
– A czwarta ćwierć?
– A czwarta, dobry człowieku, to zaufany sojusznik w interesach, a komuż pobożny Żyd mógłby bardziej zaufać niż Wiekuistemu, niech błogosławione będzie imię Jego na wieki.
Bóg mnoży błogosławieństwo, a nie wielbłądy i wełnę, synu, dlatego żeby coś osiągnąć w życiu, trzeba raczej działać, niż posiadać.
Czarownice zawsze chodzą trójkami, tak jak głupcy parami.
Ale dlaczegóż to przypuszczasz, stary głupcze – pytał sam siebie dalej – że przyczyna twej ciekawości musi posiadać właściciela, czemuż to nie miałaby być przyczyną, by tak rzec, pierwotną, to jest taką, której jeszcze nikt nie posiadł?
– Przepraszam bardzo – rzekł wreszcie – ale cóż powstrzymuje cię przed rozwiązaniem tej, przyznam szczerze, niezwykle intrygującej zagadki, ojcze? Może to – ciągnął, z wolna wpadając w ten swój styl natchniony – ta łudząca nas wszystkich chęć trwania w niespełnieniu, mistyczne uczestnictwo w nieodgadnioności tajemnicy, owo święte napięcie podtrzymywane bojaźnią bożą, która jest mądrością trwania w ścieżce jego, tej wąskiej i pokręconej…
– Nikt nie ucieknie od swojego Szeol, mój synu – wyszeptał do samego siebie – ponieważ każdy swój Szeol zawsze ma przy sobie, ty też.
Pisanie nie jest po to, aby wypisywać głupoty, to poważna rzecz, należy zapisywać tylko to, co jest ważne dla człowieka.
– Ale co do jednego, to muszę przyznać ci rację, faktycznie trzeba być wolnym, naprawdę wolnym, aby złożyć własne dziecko w ofierze lub na przykład bez mrugnięcia okiem oddać dwie dziewice Sodomitom.
– Jesteś tylko cyniczny.
Gospodyni przywołała do siebie starą zaufaną domownicę i poleciła jej mieć baczenie na stan upojenia pasterzy.
– Mieszaj wino z sokiem winogronowym – rzekła – pół na pół.
– Mogą się zorientować.
– To dosyp więcej mirry.
– Może ich to oszołomić, pani.
– Tym lepiej, posną szybciej i nie będzie bijatyki jak co roku. Zrób, jak ci każę.
– A gdzie miecz – dopytywał narwany. – Co się z nim stało?
– O miecz nie należy pytać, w jakim jest miejscu, synu, lecz czyje dzierżą go dłonie… – rzekł tajemniczo bardzo stary pasterz – …i po co te dłonie dzierżą ten miecz.
Oto miejsce nieczyste – pomyślał – przestrzeń rozkładu, rozwarte, kloaczne łono czarownic, które już wczorajszej nocy próbowały mnie pochwycić, ale zdołałem im umknąć, a teraz zapewne zwabiły cię tu celowo, Ibsanie, kładąc tego śmierdzącego kozła, symbol ich chuci, jako przynętę, aby biedny syn biednego pasterza powodowany naiwną pożądliwością wpadł im w te ohydne, pełne strupów oraz ropiejących kurzajek łapy i aby wraz z nimi bezpowrotnie zapadł się w otchłań szeolu.
|
|




